Załamanie
"załamanie w tym momencie było już naprawdę krytyczne, dlatego że przecież ani nie było się dokąd wycofywać, ani nie było co robić, właściwie należałoby się bronić się do końca. Moi koledzy po tej informacji, że nie będzie już żadnego przejścia, żadnego wycofania, prawdopodobnie przeszli do piwnicy i tam razem z porucznikiem siedzieli. A ja myślę sobie: „To już koniec”. Miałem troszkę inne podejście do tych wszystkich spraw. Wiedziałem, że nie przeżyję tego, już kiedy szedłem na Powstanie. Wiedziałem, mając doświadczenie Wawra, że jeżeli tam się nie przeżyło, kiedy człowiek był niewinny, to tutaj, kiedy poszedł, wyciągnął broń przeciwko Niemcom, jakim cudem może ocaleć. Absolutnie to jest niemożliwe. Tak że zdawałem sobie sprawę, że to jest koniec. Co zrobiłem? Myślę sobie: „Skoro już mam zginąć, to tak łatwo nie dam się sprzedać”. Doszedłem do karkołomnego wniosku i wszedłem na strych budynku róg Dolnej i Konduktorskiej. Wszedłem na strych tak, że Niemcy mnie nie zauważyli. Tam sobie siedziałem za kominem i obserwowałem, co się dzieje. Była wielka dziura w dachu po jakimś pocisku i akurat miałem widok na drugą stronę Konduktorskiej. A oświetlenie, słońce miałem z tyłu, tak że świetnie widziałem, co się u nich działo w pomieszczeniach. Myślę sobie: „Oni mnie chyba nie widzą, dlatego że pod światło”. Tak kombinowałem. Co chwila mi się tam w jakichś pokojach Niemcy pokazywali. No cóż, jeżeli bym strzelił i czy trafił, czy nie trafił, to zorientowaliby się, że tu jestem. Oni się [słabo] orientowali, bo strzały z naszej strony padały raz z tego budynku, raz z innego budynku, z różnych pięter. Tak że oni nie wiedzieli, ilu nas jest. Gdyby wiedzieli, że nas jest tak niewielu, to by na pewno [nas wybili]. "
Archiwum Historii Mówionej, Zbigniew Czarski „Bonarowicz”, 1944.pl










Skomentuj